Jestem u nas i patrzę na dziurę w płytce podłogowej po złośliwym rzucie cukierniczką. Ma  ona kolor gliny i w swoim kształcie zachowała tamten gniew. Jak wszystkie powstałe w emocjach mankamenty, wyróżnia się i nosi znamię zdarzenia. Małych dziur lub pęknięć w płytkach się raczej nie naprawia. Nikomu nie przeszkadzają. Można powiedzieć że nawet zdobią swoimi historiami. Przypomina mi się i jawi jakby w kształcie tego pęknięcia poprzednie mieszkanie i jego różne słabości, a właściwie to moje. Widzę siebie, jak zamazuję przetarcia na tapicerce kanapy ze skaju czarnym markerem. Mam wrażenie, że zostało powiedziane, że należy to robić gdy nam się nudzi. Z daleka marker nawet działa i nie widać, że materiał się zniszczył. Wszyscy mamy wkład w malowanie kanapy i jest to może lekko dziwne. Leżąc na wykładzinie, wącham kurzu, jestem mała. Czarny kudłaty pies merda na dźwięk kaszlu w klatce schodowej. Nie możemy się doczekać jego przyjścia. Znak rozpoznawczy taty to właśnie ten kaszel przerywany śpiewem z udawanym angielskim albo przeróbką kolędy. Niebezpieczne kuchenne kanty na wysokości mojej głowy, musztarda przed deszczem i jaskółki nisko latające, świst jerzyków na balkonie, nienawiść do szczotek do włosów. Pewnego dnia wojny na mirabelki i zasypianie przy dźwiękach zza okna, kiedy jasno. W wygiętą wierzbę trafia piorun. Koszmar rowerowy, lubię tylko pływać. Inne pęknięcia, wracam tam, gdzie jestem. Oprócz dziury w kuchni, jest też zdjęcie, które zostało zalane czymś czerwonym i wygląda, jakbyśmy siedzieli w chmurach zachodzącego słońca na kanapie. Nie wiem czemu, przypomina mi ono strach przed zasypianiem w ciszy. Potem już tylko nielegalne chodzenie boso, gniew na gładkie ściany, ulubiony żyrandol i ulubione kolory, serek homogenizowany z cukrem, sołtys, pies jedzący kamienie, zbieranie wysuszonych owadów spod stropu szklarni, brak rynny, zaskrońce martwe i żywe, gadanie do psów, pierwsza i ostatnia ucieczka przez okno, sznurowadło w łańcuchu rowerowym, może jedynie trzy wschody słońca, balkon bez balustrady na 10 lat, podgrzewane świecą bułki, rzekome ratowanie kota z powodzi, mebel z opcją żaluzji, barszcz z proszku, rozpędzony volkswagen na letnich oponach, zbieranie wiśni, 12 złotych. Urywa mi się myśl.

Intermedia / Dyplom magisterski; Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu, 2019